Alpy 2007 - mój Transalp
Garmisch Partenkirchen - Riva del Garda

6 dni, 432km, 9755m, 10 przełęczy

 

Pomysł wyjazdu w Alpy przez pewien czas konkurował z planami wyjazdu na Transcarpatię w 2006 roku. Transcarpatia wygrała a Alpy zostały przesunięte na 2007 rok. Wyszukując informacje na temat transalpu znalazłem stronę http://www.transalp.pl/ Tomek Pawłusiewicz - twórca strony regularnie odwiedza Alpy rowerem górskim, opis jego wyjazdu z 2005 roku zadecydował o zorganizowaniu mojego transalpu w 2007 roku. Podstawowym problemem był dojazd oraz wybór trasy. Rozważałem trzy warianty - samochód (wyjazd, co najmniej w 2 osoby), pociąg oraz autobus. Ponieważ w terminie mojego wyjazdu (7-17 lipca) nikt z moich znajomych nie mógł sobie pozwolić na transalp opcja z autem odpadła. Wizyta na http://www.bahn.de/ ostudziła me plany dotarcia z Łodzi do Garmisch koleją - 4 do 6 przesiadek i 24h w pociągu i na dworcach. Autobus okazał się najlepszym rozwiązaniem - http://www.eurobus.pl/ linia B-130 do Ulm poprzez Monachium. Bez przesiadek. Z Monachium do Garmisch to tylko półtorej godziny jazdy pociągiem bez przesiadek z odjazdami co godzinę. Droga powrotna to - z wyboru pociąg z położonego 20km od Rivy Rovereto do Monachium. Do Łodzi wracałbym tą samą linią autobusową B-130. Autobus nie kursuje codziennie, lecz w soboty, poniedziałki i czwartki. Taki układ połączeń umożliwiał zaplanowanie wyjazdu wraz z powrotem trwającego 6-8 dni z maksymalnie dwoma dniami w zapasie (przy trasie 6-dniowej). Wybór tras jest bardzo bogaty. Począwszy od możliwości zaplanowania trasy własnej na podstawie map topograficznych Alp, poprzez opisy wyjazdów w internecie a na wykorzystaniu technologii GPS skończywszy. Wybrałem ten trzeci wariant. Od pewnego czasu korzystam z Garmina 60csx, który ładnie przeprowadził mój dwuosobowy zespół przez Transcarpatię, wyjazdy poprzedzające ją oraz inne wycieczki rowerowe, piesze czy samochodowe, mam zestaw map Europy oraz mapy topo Alp szwajcarskich, mapy topo Niemiec oraz Austrii. Cześć trasy biegnie w Alpach włoskich, lecz na Włochy nie ma jeszcze produktu typu wektorowa mapa topo dla urządzeń Garmin, musiała wystarczyć samochodowa mapa Europy. Serwis http://www.gps-tour.info/ jest niezwykle bogatym źródłem opisów wyjazdów jedno-i-wielodniowych jak i miejscem skąd można za darmo ściągnąć ślady w formacie gpx z zamieszczonych tam wyjazdów. Samych tras transalpejskich jest prawie, 40 więc miałem w czym wybierać. Wybrałem średniotrudny wariant 6-dniowy o długości ok 480km z przybliżoną wartością przewyższeń 10000m z Garmisch do Rivy. Ślad ten to zbiór ponad 5tyś punktów dość dokładnie ukazujących drogę do przebycia. Ślad podzieliłem na 12 części po 500 punktów tak, aby nie tracić dokładności a jednocześnie móc bez przeszkód korzystać z active log mojego GPS-a. Jednocześnie wykorzystując mapy wektorowe topo wytyczyłem dokładniejsze ślady na podstawie posiadanego śladu. Właścicielem oryginalnego śladu jest Elmar Neßler, fascynat Alp, roweru górskiego oraz innych form aktywnego wypoczynku, informatyk. Prowadzi własną stronę http://home.arcor.de/elmarnessler z opisami jego wielu wyjazdów poprzez Alpy. Trasa, którą wybrałem jest klasyczną opracowaną przez Andreasa Albrechta drogą poprzez Alpy - Albrecht-Route. Wiedzie od Garmisch do Rivy poprzez Landeck, Scuol lub S-Charl, Grosio, Precasaglio, Madonna di Campiglio.

Wyjazd 07.07.2007

Trochę nerwowy. Pogoda raczej nienajlepsza, chłodno i wieje, prognozy złe zwłaszcza dla terenu Garmisch-Landeck-Scuol. Dzień wcześniej po nocnym dyżurze załatwiam zieloną kartę z NFZ oraz ubezpieczenie w Allianz. Rezerwuję miejsce w autobusie, kupuję bilet w obie strony do Monachium, zaznaczam podwójny nadbagaż. Kupuję izotonika, rękawiczki polarowe, skarpety i czapeczkę kolarską pod kask Berknera. Sprawdzam wszystko po raz n-ty. Bilety, dokumenty, plecak, rower, rozkłady pociągów i autobusów. Dostaję pocztą z serwisu damper Manitou 4-way - tak samo popsuty jak przy wysyłce na naprawę gwarancyjną. Jadę więc na świetnym DT SSD 210L. Zmieniam klocki w przednim Juicy 5, nie mogę kupić w Łodzi oryginałów Avida... W dniu wyjazdu pogoda kiepska, tuż przed wyjściem pęka zakrętka pełnego bukłaka, którą naprawiam klejem akrylowym i taśmą izolacyjną. Mam zapas czasu więc nie ma obaw że nie zdążę. Na dworcu Fabrycznym autobusu nie ma o właściwym czasie wiec jest chwila luzu. Gdy podjeżdża okazuje się, że Panowie kierowcy za bardzo nie chcą wziąć roweru. Przekonuje ich rezerwacja na podwójny nadbagaż na bilecie w obie strony. Dowiaduję się że nie będzie przesiadki w Lublińcu - dobra wiadomość. Przednie koło zdjęte, siodełko wpuszczone, rower mieści się bez problemu w luku bagażowym. Wsiadam i zaczynam kilkunastogodzinną jazdę do Monachium. Sporo myślę o pogodzie, która ma być zła - deszcz, temperatura ok. 2-5 stopni.... Dopiero w drugiej połowie tygodnia poprawa.

Dzień 1 08.07.2007

Do Monachium docieram z pewnym opóźnieniem około 11:30. Szybko montuję rower i jadę na dworzec główny gdzie kupuję bilet do Garmisch na 12:30 oraz bilet powrotny z Rovereto do Monachium na poniedziałek 16 lipca. Biorę 300 euro z bankomatu, bez problemu znajduję miejsce w pociągu i jadę do Garmisch. Półtorej godziny mija na rozmowie z niemieckim rowerzystą i oglądaniem widoków. Wysiadam na dworcu, jacyś amerykańscy turyści (akcent) pstrykają sobie zdjęcia, sporo ludzi, ciepło i słonecznie P7080508.JPG . Cholera zaczęło się :-) Włączam GPS-a, mój ślad prowadzi mnie spod samego dworca ulicami Garmisch na ścieżkę rowerową w dolinie P7080512.JPG , pogoda jest doskonała. Spokojnie jadę rozglądając się dookoła. Nie co dalej w Untergrainau droga zablokowana przez uczestników regionalnego festynu P7080517.JPG , reprezentacje w strojach ludowych maszerują w barwnym korowodzie główną ulicą, jest pełno turystów, wygląda to wspaniale i tworzy ciekawą atmosferę. Daję się niej trochę ponieść ale mam mało czasu - spóźniony autobus i późniejszy niż zakładałem przyjazd do Garmisch sprawiają, że mam ok 2h opóźnienie. Przebijam się więc do przodu aż w końcu trafiam na właściwą trasę, wzdłuż której biegnie wygodna ścieżka rowerowa P7080520.JPG . W Weidach odbijam szlakiem widokowym jadąc stromo pod górę w malowniczym, bijącym soczystą zielenią lesie. Przekraczam 1000m. Cały czas droga biegnie równolegle do trasy B179 tyle że na stoku doliny. Przejeżdżam na drugą stronę szosy gdzie jest krótki ale ciekawy technicznie zjazd. Pogoda gwałtownie się zmienia, robi się ciemno, zaczyna kropić. Słychać nadciągającą burzę. Zjazdem docieram do Sankt Wendelin gdzie zaczyna padać ulewny deszcz. W Nassereith jestem już całkiem mokry, nie ma większego sensu przebierać się w coś bo to tylko zwiększy ilość mokrych ubrań. Błotnistą drogą w lesie kieruję się w stronę Strad, Tarrens i Imst. Skręcam w złą stronę i pcham rower dość długi kawałek pod górę. Wyraźnie widzę na GPS że oddalam się od śladu ale głupio myślę że drogi się połączą. Nie łączą się. Zjeżdżam w dół, tracę następne ok 45 minut. Wracam na właściwą drogę i już przy lepszej pogodzie i wielkich kałużach na szutrówce jadę do Imst. Kończy się woda w bukłaku, mam dość jazdy w mokrym ubraniu po kilkunastogodzinnej podróży w autobusie, jest 19 - decyduje się na nocleg w Imst P7080537.JPG . Szybko znajduję Zimmer Frei :-) kwaterę prywatną gdzie mogę odpocząć, wypłukać i wysuszyć suszarką rzeczy (jest na stanie), przepakować się P7090541.JPG . Jeszcze tylko obiad w miejscowej restauracji i nocny odpoczynek.

długość 62,6 km
data startu 08.07.2007 14:01
czas jazdy 03:45:39
czas całk. 05:00:46
prędkość śr. 16,6 km/h
suma H 1029 m

 

Dzień 2 09.07.2007

Dziś muszę odrobić straty z dnia poprzedniego czyli dojechać do Landeck i dalej do Scuol. Rano pogoda nienajgorsza choć jest pochmurno ale nie zimno. Spałem dobrze, płacę za kwaterę i zaczynam drugi etap. Dojeżdżam do wygodnej drogi rowerowej. Doganiam jakiegoś turystę na trekingu i pytam się go o pogodę na najbliższe dnie. Zaczynamy rozmawiać i szybko dojeżdżamy do Landeck gdzie rozdzielamy się. Jechałem najpierw wzdłuż trasy B171 i autostrady A12 a za Landeck wzdłuż L76. Tuż za Landeck zaczyna potwornie lać i robi się bardzo zimno. Po prostu ściana wody, na szczęście dość silny i zimny wiatr mam przez większość trasy w plecy. decyduję się założyć impregnowaną gumą kurtkę Accenta aby zachować trochę ciepła, i tak jestem już zupełnie mokry. Po wczorajszym dniu nie obawiam się o rzeczy w plecaku gdyż pokrowiec przeciwdeszczowy plecaka doskonale chroni jego wnętrze przed deszczem. Deszcz przybiera na sile. Jestem już zdecydowany, że z pierwszego górskiego fragmentu zaplanowanego na dzisiejszy etap nic nie wyjdzie co skróci ten etap o prawie 20km i wiele metrów przewyższeń, decyduje się na jazdę do Scuol szosą. Mijam granicę, dość szybko jadę dzięki temu tylnemu wiatrowi. W dwóch chwilach słabości wzmacniam się maximem i jeszcze ciepłym izotonikiem z bukłaka. Warunki są naprawdę fatalne, nie robię żadnego zdjęcia, próba otwarcia plecaka grozi jego zupełnym zamoczeniem. Mijam kilka krótkich tuneli, przekraczam granicę 1200m, szwajcarska droga nr 27 zamienia się w kilka strumieni z powodu płytkich kolein (!), kierowcy są uprzejmi, nawyki z Polski - równej jazdy przy krawędzi szosy ułatwiają jazdę wśród pędzących Audi, BMW i VW. Etap statystycznie łatwy zamienił się w walkę z pogodą, w Scuol jest może z 5 stopni powyżej zera. Czuję początki dreszczy. Szybko znajduję hotel P7100544.JPG i dostaję pokój. Nie ma to jak przytulna jedynka z gorącą wodą pod prysznicem i z suszarką...

długość 84,6 km
data startu 09.07.2007 10:21
czas jazdy 04:25:12
czas całk. 05:05:02
prędkość śr. 19,1 km/h
suma H 866 m

Następny dzień (10.07.2007) decyduje się zostać w Scuol. Z dwóch powodów - czekam na lepszą pogodę oraz regeneruję się po wyczerpującym z powodu zimna i deszczu etapie z Imst do Scuol. Spaceruję po Scuol, robię zdjęcia (galeria Alpy 2007), robię drobne zakupy żywnościowe, kupuję jakąś maść/żel na mięśnie i stawy, kupuję klocki do Juicy 5 Swisstop P7100557.JPG . Nie jest tanio ale atmosfera Scuol jest bardzo przyjemna PA070018.JPG PA070035.JPG , pogoda jest lepsza, zimno, szczyty i stoki pow 2500m w śniegu P7100546.JPG , chwilami nawet słonecznie, ale powietrze takie jak u nas na początku marca. Odpoczywam i regeneruję się.

Dzień 3 11.07.2007

Etap prawdy. Najdłuższy i najcięższy. Ze Scuol do Grosio. 3 przełęcze pow. 2200 i 2300m. Zobaczymy... Rozpoczyna się serpentynami podjazdu asfaltem PB070044.JPG w kierunku S-Charl. Jestem za ciepło ubrany, ściągam kurtkę bo inaczej się zagotuję - w słońcu jest naprawdę ciepło. Jadę przez las, mijają mnie autobusy do S-Charl. Dalej wypłaszcza się nieco, zaczynają się niezwykłe widoki PB070046.JPG , droga powoli zamienia się w szutrówkę, z boku płynie strumień z bardzo szerokim korytem gotowym przyjąć wodę z wiosennych roztopów, chwilami przypomina to górską żwirownię. Robię kilka zdjęć, przy jednym okazuje się, że lewe ramię plecaka jest mocno naderwane. Sklejam je klejem akrylowym, lecz mam go dość niewiele. Robię odciążenie ramienia paskiem, który zabrałem na wszelki wypadek (np, aby zcisnąć kończynę pow. miejsca krwotoku:-) ). Dojeżdżam do S-Charl i pytam obsługę hotelu o możliwość zszycia ramienia w plecaku. Mają nici i grube igły, ale plecak ma wkładki z jakiegoś diabelnie twardego i elastycznego tworzywa. Nic z tego, nakładam dwa kiepskie szwy i z godzinną stratą jadę dalej malowniczą doliną. Prawdziwie alpejską doliną PB070054.JPG . Droga wiedzie po szutrowej pnącej się w górę drodze, jest ciepło i bardzo przyjemnie, cisza i lekki szum strumienia, turystów niewielu. Jadę coraz wyżej, powoli zostawiam w dole iglaki i dojeżdżam do rozległej doliny wypełnionej cichym pobrzękiwaniem dzwonków fabryk mleka do czekolady:-) Słońce zakrywają chmury, lekko prószy śnieg. Rewelacja PB070055.JPG , PB070059.JPG . Docieram do gospodarstwa PB070060.JPG , zatrzymuję się na chwilę, aby zaraz ruszyć do bliskiej już przełęczy Pass da Costainas PB070066.JPG . Za nią stromy zjazd szutrem do Lü skąd zaczyna się asfalt. Nie jadę szybko, są turyści a luźny szuter nie daje dużej przyczepności na wąskich zakrętach nad przepaściami. Robię ok 100m błąd (szybki zjazd) i rozpoczynam podjazd na kolejną przełęcz. Mozolnie wspinam się szutrem wśród lasu dość krętą drogą. Las powoli przerzedza się, widoki nie pozwalają nie zrobić zdjęć PB070078.JPG , mija mnie kilkudziesięcioosobowa grupa nastolatków na rowerach górskich jadących z przeciwnym kierunku w dół. Staram się robić podjazd w siodle, ale robię też przerwy. Pass da Costainas oraz Döss Radond PB070095.JPG dzieli 17km jazdy i tylko 21m różnicy wysokości tyle że pomiędzy nimi jest dołek na 1500m (dane z GPS). Za Döss Radond zaczyna mocno wiać. Wiatr jest bardzo zimny, może nie jest tak silny, ale nie pozwala szybko zjeżdżać, pomimo, że droga świetnie się do tego nadaje. Mam na sobie ubiór zimowy łącznie z czapeczką pod kask oraz rękawiczkami polarowymi. Jest naprawdę zimno pomimo słońca. Zjeżdżam, więc aż szuter zamienia się w polną dwukoleinową drogę. Prowadzi mnie ona do miejsca, które jest wyjątkowo pięknym symbolem Alp, jakie znamy my tu w Polsce - malownicza łąka, ciepła, choć jeszcze przed chwilą walczyłem z zimnym wiatrem PB070112.JPG , alpejska łąka (film mov 11MB). Za łąką rozpoczyna się trudny odcinek wąskiego singletracka o niepewnym żwirowym podłożu tuż nad stromym i wysokim brzegiem strumienia w dolinie Mora PB070114.JPG PB070115.JPG . Odcinek nie jest długi a ścieżka powoli wrzyna się w las i można jechać szybko i swobodnie. Dojeżdżam do sztucznego jeziora San Diacomo di Fraele spiętrzanego zaporą PB070120.JPG . Objechanie brzegu zajmuje sporo czasu, znów robi się zimno, zakładam cały zimowy strój PB070126.JPG . Mijam jeszcze jezioro Cancano i przesmykiem docieram na drugą stronę gór. Przede mną oto taki widok PB070127.JPG - serpentyny, których jeszcze wiele spotkam na swej drodze więc nic straconego że za trzecim zakrętem kieruję się drogą biegnącą w stoku doliny PB070135.JPG , PB070137.JPG. Docieram do Parco del Livignese którym jadę jakiś czas dopóki szlak nie zacznie skręcać w stronę Passo del Verva. Robi się niezwykle stromo, kończy mi się woda, rozpoczynam podejście na przełęcz, chwilami jadę, ale jestem już naprawdę mocno zmęczony. O 19:18 jestem na Passo del Verva PB070139.JPG , jest zimno jak diabli, prószy śnieg, z nosa kapie :-) PB070142.JPG . Rozpoczynam godzinny zjazd do Grosio z wysokości 2300m na 680m. Jeszcze tylko zdjęcia z przełęczy PB070141.JPG i w drogę. Zjazd wymaga dużego skupienia. Pomimo zmęczenia jadę dość szybko (tak mi się wydaje), szlak nie jest łatwy, słońce zaszło dawno za masyw gór, droga jest usiana różnej wielkości kamieniami, jest stromo i bardzo kręto. Po jakimś czasie docieram do asfaltu, praktycznie cały czas od przełęczy hamuję, tarcze zrobiły się fioletowe, ale hamulce działają bez zmian. Zjazd asfaltem jest bardzo szybki, usiany zakrętami i tak jest aż do samego Grosio. Znajduję hotel Albergo Sasella PC070146.JPG , dostaję pokój w budynku o parędziesiąt metrów dalej. Muszę się śpieszyć gdyż zamykają restaurację. Mam jeszcze małą przygodę w pokoju, gdy po włączeniu suszarki do włosów o mocy 1800W strzelają bezpieczniki na zewnątrz budynku. Właściciel załatwia problem. Udało się - najtrudniejszy i najdłuższy etap mam za sobą. Jadę zgodnie ze swoim harmonogramem mając jeszcze jeden dzień w zapasie.

długość 106,3 km
data startu 11.07.2007 09:18
czas jazdy 07:14:00
czas całk. 10:55:18
prędkość śr. 14,6 km/h
suma H 2633 m

 

Dzień 4 12.07.2007

Pomimo wieczornych przygód czuję się w miarę wypoczęty. Wsuwam śniadanie i z pełnym bakiem ruszam asfaltem w stronę Le Prese gdzie zaczyna się stromy PC070148.JPG podjazd serpentyną z ponad 20-ma zakrętami w kierunku Fumero. W Fumero kończy się asfalt i rozpoczyna podjazd/podejście na Passo dell Alpe. Parę razy zatrzymuję się, aby uzupełnić wodę, coś zjeść i zrobić zdjęcia PC070161.JPG , pogoda jest dobra, trasa dość trudna gdyż niestety trzeba przez dużą część drogi pchać rower PC070164.JPG . Docieram do przełęczy bez niespodzianek PC070167.JPG , tradycyjnie na tej wysokości jest dość chłodno. Liczę na ciekawy zjazd z przełęczy. Szlak biegnie dość niejednoznacznie i w miejscu, gdy styka się ze strumieniem wybieram zły wariant prawą stroną - dla mnie praktycznie nieprzejezdny. Widzę turystów na szerszej drodze po drugiej stronie strumienia. Schodzę, więc do strumienia, bez butów przekraczam go i suszę stopy na słońcu :-) PC070173.JPG Zjazd jest niestety/stety krótki. Niestety, bo jest ciekawy PC070176.JPG , stety gdyż nie tracę zbyt dużej wysokości przed Passo dell Gavia, znanej z Giro d'Italia przełęczy na wysokości ponad 2600m PC070186.JPG . Podjazd na przełęcz jest ciekawy, mijam miejsca upamiętniające żołnierzy z I Wojny Światowej, niesamowite widoki na otaczające szczyty PC070183.JPG . Za przełęczą zaczyna się bardzo szybki zjazd, trafiam na tunel o długości ok 400mu wylotu, którego mam ponad 75km/h (po co ja hamowałem no ?). Tunel jest nieoświetlony, więc jazda z nim w dół z przyśpieszeniem samochodu daje sporo mocnych wrażeń :-) Trafiam na serpentyny, palę tarcze jadąc za terenówką wraz z trzema motocyklistami, których klocki hamulcowe motorów czuć na sporą odległość. Terenówka nieźle nas blokuje, ale droga jest bardzo wąska, nie mieszczą się na niej dwa auta tak, więc przed każdym zakrętem wszyscy trąbią, aby ostrzec niewidoczne pojazdy za zakrętem. W końcu docieram do szerszej drogi, zjazd zamienia się w bardziej płaski odcinek, szukam odbicia do Precasaglio. Trafiam na właściwe miejsce PC070195.JPG , dostaje pokój (zimny i ciemny). Wybieram się na poszukiwanie restauracji. Etap niezbyt ciężki w moich odczuciach, sporo podchodzenia, lecz bardzo piękny widokowo i niezwykle dynamiczny. Passo dell Gavia to najwyższa przełęcz na trasie mojego transalpu.

długość 50,3 km
data startu 12.07.2007 10:01
czas jazdy 04:08:12
czas całk. 07:04:51
prędkość śr. 12,1 km/h
suma H 2208 m

 

Dzień 5 13.07.2007

Rano krótka rozmowa ze spotkanymi wczoraj na podjeździe do Fumero Niemcami, okazuje się, że jedziemy tą samą trasą. Najpierw podjazd na przełęcz, potem w dół a dalej ciężki i długi podjazd prawie aż do samego Madonna di Campiglio. Właśnie tak było. W słonecznej pogodzie jadę wytrwale na Passo di Tonalle. To przełęcz i nazwa miasteczka, hotele i wyciągi narciarskie PC080207.JPG . Jest również pomnik żołnierzy PC080209.JPG . Za Passo di Tonalle skręcam w prawo na leśną krętą ścieżkę prowadzącą po zboczu doliny w dół. Przez chwilę kluczę gdyż ślad GPS, według którego jadę jest zoptymalizowany do mniejszej ilości punktów i nie ukazuje wszystkich zakrętów. Po chwili jestem już na właściwej drodze i szybko jadę wygodnym, krętym, chwilami poprzecinanym przez strumienie leśnym szutrem. Zjazd jest dość długi PC080211.JPG . Wyskakuję na asfalt tuż obok dużego kempingu PC080212.JPG i dalej asfaltem kontynuuję jazdę w dół. Miejscami szlak prowadzi mnie na polne drogi PC080214.JPG , otoczenie spokojne, urlopowo/sielankowe, szybko uspokaja. Nawet ziewać zaczynam. Tak - zrobiło się nudno i nawet pomyślałem, że już z tych Alp wyjeżdżam. Docieram do miejsca przebudowy drogi, przejeżdżam ostrożnie obok cofających wielkich wywrotek z kamieniami, trafiam na asfalt a później na ścieżkę rowerową PC080218.JPG . Trochę wieje i trasa w dół wymaga odrobinę wysiłku, co przy rozleniwieniu nie jest mile widziane. Docieram do Dimaro gdzie skręcam na drogę SS 239 aby po chwili zjechać do rozgrzanego słońcem lasu. Jest bardzo przyjemnie, tak jak w naszych lasach czuć w powietrzu słodki żywiczno-kwiatowy zapach drzew i mniejszych roślin. Szuter idzie stromo w górę. Zatrzymuję się na chwilę przed serpentynami i zrzucam nogawki, koksuje maximem i sprawdzam stan wody. Czas zmierzyć się z podjazdem, o którym Niemcy mówili we will pusch our bikes again. Mówię sobie, że żadnego pchania, jadę z przerwami, ale jadę. No to jadę. Jeden zakręt, drugi, dziesiąty, dwudziesty PC080220.JPG . Serpentyny bez końca. Bardzo ciepło, zdejmuję kask, co skutkuje dość silnym opaleniem twarzy. Pot leje się strumieniami, wolę nie opisywać wrażeń jakich doznaje się jadąc w siodle tamtą częścią ciała w upale. Docieram do "prawie końca" PC080224.JPG podjazdu ale okazuje się że jest jeszcze około 1,5 km szutru do właściwego, krótkiego zjazdu do Madonna di Campiglio. Jest to raj sportów zimowych, organizowane są tam zawody w jeździe w stylu wolnym, jest dużo wyciągów narciarskich, sporo hoteli, widać nowe w budowie. Szybko znajduję przyzwoite miejsce, doprowadzam się do porządku. Rozwieszam wypłukane rzeczy na tarasie, z którego mam całkiem przyjemny widok PC080226.JPG . Jest sklep, jest cola i banany. Na otwarcie restauracji muszę poczekać. Wieczorem na rynku odbywa się kilkudziesięciominutowy koncert orkiestry dętej. Jutro ostatni etap. Jutro Riva del Garda.

długość 62,2 km
data startu 13.07.2007 09:08
czas jazdy 04:36:09
czas całk. 06:17:19
prędkość śr. 13,5 km/h
suma H 1795 m

 

Dzień 6 14.07.2007

Zbieram się, płacę za pokój. Na ryneczku coś tam robię przy rowerze - coś lekko poskrzypuje, ale nie mam kluczy by dociągnąć śrubę osi wahacza. Jadę w stronę Parku Narodowego Adamello-Brenta, mijam malowniczy wodospad PC090231.JPG a za min prowadzę rower wyjątkowo kamienistą ścieżką, jest mokro, kamienie są śliskie, więc odpuszczam głupoty z jazdą po nich z pełnym plecakiem i ludźmi na szlaku. Zdjęcie PC090233.JPG zrobione na polanie nieco dalej ukazuje klimat rozgrzanych słońcem dolin włoskich Alp. Pogoda jest doskonała, ciepło. Przede mną podjazd a później podejście na Passo Bregn de L'Ors. Mijam jeziorko PC090235.JPG , za którym rozpoczyna się kamieniste górskie podejście na przełęcz. Dochodzę Niemców PC090240.JPG , we will pusch the bikes together. Docieramy na przełęcz, robimy wspólne zdjęcie PC090243.JPG i decydujemy jechać razem dalej. Po chwili zjazdu jeden z nich przyszczypuje dętkę o obręcz. Zatrzymujemy się i kleimy. Jedziemy dalej, ale coś niemrawo. Puszczam hamulce i zostawiam ich w tyle. Nie można odpuścić takiego zjazdu. Bardzo szybkie szutry, szerokie zakręty umożliwiają naprawdę niezłą zabawę. Okazuje się, że w bukłaku juz pusto, więc zatrzymuje się przy schronisku na dużej polanie, widzę, że jest woda. Mówię do zgromadzonych "bondziorno" i napełniam bukłak, obracam się, aby wrócić do roweru i widzę ogrom gór otaczających dolinie. Tak pięknego miejsca dawno nie widziałem, zdjęcie nawet w paru % nie oddaje jego uroku PC090245.JPG . Gęba aż się sama śmieje. Obecni proponują mi kawę, ale jakoś śpieszy mi się do Rivy :-) a może po prostu nie chcę, aby mnie Niemcy doszli :-))) Jadę, więc dalej w dół, szuter ustępuje miejsca wąskiej asfaltowej drodze. Pojawiają się samochody, więc muszę być ostrożny. Gdyby nie zapas "mocy hamowania" był bym na masce jednego. Jak we śnie docieram w końcu do szosy SP 34, mijam Stenico i dalej szosą SP33 i SS 421 jadę otoczony terenami rolniczymi. Mała niespodzianka na drodze - objazd za Villa Banale- zmusza mnie do zmiany trasy. Przede mną jeszcze maleńka przełęcz w okolicach Ballino i zaczyna się zjazd do Rivy PC090251.JPG .W objeździe pomaga mi trochę GPS. Docieram do Ville del Monte, Tenno i w końcu do Rivy. Udało się przejechać Alpy. W Rivie na głównej drodze przelotowej straszny tłok. Upał niesamowity, wielka wilgotność. Chwilę odpoczywam na plaży, po czym ruszam ulicą Franza Kafki na poszukiwanie noclegu. Ceny zabójcze, ale udaje mi się znaleźć coś na Via Belluno. Nie mam wyjścia, czas mija, zmęczenie daje się we znaki jak i upał. Dostaję pokój i wyruszam już odświeżony "na miasto". Słońce powoli zachodzi. Robię trochę zdjęć, m. in. sobie jako tryumfalnego zdobywcy Alp :-) w koszulce Transcarpatii 2006 PC090261.JPG . Planuję następny dzień - wycieczka statkiem po Gardzie poprzez Nago-Tobole, Limone Sul Garda i Malcesine. Robię zdjęcia, myślę o przyjeździe tu na jakiś urlop, aby wychlapać się w jeziorze i popływać jakąś łódką.

długość 67,3 km
data startu 14.07.2007 10:21
czas jazdy 03:34:58
czas całk. 05:38:43
prędkość śr. 18,7 km/h
suma H 1210 m

 

Powrót 16.07.2007

Wstaję rano o 5, szybko się zbieram i po 20 minutach wspinam się na 270m jadąc w stronę Rovereto. Docieram tam o 6:25. Piję świetną kawę z lokalesami w barze dworcowym. Pociąg jest punktualnie. Wagon dla rowerów. Pakuję się z dwoma innymi już Niemcami, przypinam swój rower do jednego z ich rowerów. Wagony drugiej klasy z klimatyzacją. Bilet w porządku. Za niecałe 5 godzin będę w Monachium. Pociąg pomimo upału miejscami osiąga prędkość 160km/h w sytuacji, gdy nasze PKP z powodu zniekształconych torów wlecze się 50km/h... Docieram do Monachium, kręcę się trochę po centrum, jem obiad w jakimś barze niedaleko dworca kolejowego. Kieruję się powoli na przystanek autobusowy znajdujący się przy parkingu Park&Ride. Zahaczam o kawiarnię gdzie spędzam około 2h sącząc mineralkę w cieniu. Mam sporo czasu do odjazdu. Autobus przed 17:00 jest już na miejscu, mało ludzi, bez problemu ładuję rower. Wewnątrz klimatyzacja, co przy 35 stopniowym upale jest bardzo relaksujące. Rozmawiam trochę z kierowcami i ruszamy do Polski.

 

Podsumowanie.

długość 432 km
data startu 08.07.2007 14:01
czas jazdy 27:44:11
czas całk. 6 dni:1:58:50
prędkość śr. 15,5 km/h
suma H 9755 m

 


Obawy przed wyjazdem:

Warto znać język angielski a najlepiej niemiecki. Nocleg zawsze się znajdzie, lecz należy być przygotowanym na wysokie ceny w hotelach lub kwaterach prywatnych, rzędu 25-50 euro za pokój jednoosobowy/noc. W hotelach jest to nocleg ze śniadaniem, które jest praktycznie bez ograniczeń, więc można się naprawdę dobrze najeść. Transport kolejowy w krajach gdzie byłem to zupełnie inny świat w porównaniu do PKP. Dla nich rower to normalny bagaż i pociągi są do tego przystosowane. Co do pogody to faktycznie należy się jej obawiać. Warto być przygotowanym i śledzić serwisy takiej jak http://www.wetterzentrale.de/ i zaopatrzyć się w odpowiednie ubrania. W górach nawet przy dobrej słonecznej pogodzie może być i zazwyczaj jest zimno, więc ciepła odzież w plecaku powinna znaleźć swoje miejsce.

Sprzęt powinien być sprawdzony. Moim zdaniem nie najważniejsza jest technika jazdy ani szybkość, lecz wytrzymałość, woda do picia i doskonałe hamulce zwłaszcza dla osób cięższych. Zabrałem ze sobą zestaw kluczy/scyzoryk imbusowych, 6 szprych, klucz do korb Hollowtech II, (ale nie do łożysk suportu), klucz 17 do piasty tylnej, klucz do nypli, olej Rohloff'a, odcinki pancerzyków dla przedniej i tylnej przerzutki, zapasowe linki przerzutki i tylnego hamulca, zapasowe bloki do pedałów TIME, zapasową sprężynę do tych pedałów, końcówki do odpowietrzenia lub zalania hamulca hydraulicznego, zestaw do klejenia dętek, dwie dętki, klej akrylowy, zapasowe klocki do hamulców, krótki odcinek łańcucha oraz spinki do łańcucha (SRAM, Connex). Z tego wszystkiego używałem tylko kleju przy naprawie plecaka i oleju do łańcucha:-) Mój rower PC090264.JPG

Ubrania (całość, czyli to, co na sobie i w plecaku):

koszulka kolarska z krótkim rękawem, koszulka kolarska z długim rękawem, spodenki z wkładką 2x, nogawki, skarpetki coolmax 2x, stopki 2x, rękawiczki kolarskie bez palców, rękawiczki polarowe, kurtka ortalionowa z membraną The North Face, kurtka przeciwdeszczowa impregnowana Accent, kurtka z membraną Zero Wind oraz polarem Accent, skarpetki bawełniane1x, spodenki bokserki 1x, koszulka bawełniana z długim rękawem 1x, kask. Wszystko się przydało.

Dodatkowo:

GPS Garmin 60scx z mapami topo regionu, mapą samochodową i wytyczoną trasą, aparat Olympus C5050, nasadka na filtry, filtr polaryzacyjny, akumulatory AA 8 szt, ładowarka do akumulatorów, odtwarzacz MP3 :-), karta płatnicza Maestro (lub karta kredytowa), gotówka, paszport i/lub dowód osobisty, jakieś oświetlenie rowerowe, telefon komórkowy plus zapasowa bateria lub ładowarka do niego, torebki foliowe, plecak Saleva trochę sfatygowany 32 litry, jakieś podstawowe leki przeciwbólowe i przeciwzapalne oraz w przypadku problemów żołądkowo-jelitowych (paracetamol, ibuprofen, eferalgan, żel na mięśnie i stawy, smecta, maść linomag, acudex na otarcia), woda utleniona i/.lub spirytus, plastry, żel pod prysznic, chusteczki higieniczne, pasta i szczotka do zębów, grzebień. Ręczniki są na każdej kwaterze lub hotelu. Jeżeli ktoś ma bardzo lekką suszarkę można ją zabrać gdyż nie wszędzie są, aktualna polisa ubezpieczeniowa, zielona karta NFZ, zdrowy rozsądek.

Czego NIE WOLNO robić:

nie miałem żadnych nieprzyjemności ani kontaktów ze stróżami prawa, ale widząc swoje i innych zachowanie na szlakach muszę stwierdzić, że wielka rzesza rowerzystów z Polski nie będzie nadawać się na taki wyjazd. Pełen respekt dla wszystkich użytkowników szlaku, turystów, rowerzystów, miejscowych oraz zwierząt i roślin. Żadnego śmiecenia, hałasowania, zatrzymywania się na środku szlaku, (co u nas jest jest nagminne i stwarza wielkie niebezpieczeństwo, jest to jedna z najgłupszych rzeczy, jakie obserwuję u rowerzystów - zatrzymywanie się na środku szlaku lub ścieżki). Pełna odpowiedzialność za wszelkie decyzje spoczywa na nas. Absolutnie nie wolno podpisywać żadnych dokumentów w przypadku kontaktu z policją bez udziału tłumacza lub przedstawiciela ambasady.

 

 

 

Stopka: wszystkie zdjęcia oraz tekst są mojego autorstwa (właściciela domeny www.pigon.pl), pliki graficzne profili oraz dane statystyczne są zaimportowane z serwisu www.bikebrother.com i zostały wygenerowane na podstawie śladów w formacie GPX z mojego wyjazdu alpejskiego w lipcu 2007 roku