Transcarpatia 2006

Wiosło Team - Mateusz Pigoń (161) i Jarosław Kowalicki (162)

Wszystko zaczęło się na początku 2005 roku kiedy trafiłem na stronę Transcarpatii. Oczom nie wierzyłem. Jest taka impreza. I to u nas. Zaczarowane Bieszczady, Beskidy, Krempna, Rabka... to wszystko brzmiało jak sen turysty MTB. Moje dotychczasowe wyjazdy to głównie Szklarska Poręba. Jarek - poznany niewiele wcześniej chłopak koleżanki mojej dziewczyny okazuje się być zainteresowany wspólnym wyjazdem. Co więcej daje namówić się na wakacyjny wypad w Bieszczady. Aby się nie rozpisywać skonczył się on zerwaną torebką mojego lewego stawu skokowego. Jesienią wracam w Bieszczady by dokończyć plan trasy. We wspólnych rozmowach corac cześciej pojawia się temat wyjazdu na TC w 2006. Rozważamy warianty wpisowego, podróż, wyposażenie itp. Grudzień okazuje się krytyczny dla naszych wstępnych przymiarek do Transcarpatii. Udaje mi się załatwić częściowe wsparcie finansowe dla pokrycia wpisowego. Dla Jarka to ważny moment gdyż stał przed nim zakup nowego roweru. W styczniu 2006 przywozi z Czech nowego Kelly'sa Blade. O naszych planach dowiaduje się znajomy Jarka - dziennikarz z łódzkiego Expresu Ilustrowanego. Pojawia się mały artykuł o naszych przygotowaniach z kilkoma zdjęciami. Dobry początek :-) Tygodnie mijały a zima ostro trzyma. mrozy, śnieg. Zaczynam treningi na początku marca. Nie jestem zaskoczony swą beznadziejną formą. Wiem, że jak tylko nastaną cieplejsze dni wszystko się rozkręci. Było by tak gdyby nie praca. Wiele czasu spędzam na odsypianiu dyżurów nocnych w laboratorium dużego łódzkiego szpitala. Jarek też ma masę pracy w pracy i w domu. Kupione dla potrzeb treningów pulsometry wcale nie polepszają naszych wyników ani nastroju. Mieliśmy niewiele okazji by razem potrenować. Jarek uczy się jazdy w SPD zaliczając kilka spektakularnych wywrotek. Ja podejmuję decyzję o kupnie nowej ramy, kombinuję trochę z napędem. Okazuje się, że muszę dokupić damper do nowej ramy... Sporo wydatków. Staram się przewidzieć niespodzianki i organizuję auto zastępcze u pracodawcy, które miało by zawieść nas do Ustrzyk Dolnych gdyby Zdzisław - tato mojej dziewczyny nie mógł by jechać. Okazało się, że pracodawca obiecał auto dwóm osobom na ten sam okres czasu... W lipcu wyjeżdżam sam na 5 dniową wycieczkę z Sanoka do Rabki starając się jechać trasami Transcarpatii z 2005 roku oraz częściowo nowymi szlakami. Bardzo się to póżniej przydało. Tuż przed wyjazdem ostatnie zakupy - isostar w proszku, śpiwór, opona na zapas, dętki i takie tam. Na dzień przed wyjazdem znajomy Jarka dorabia na CNC dwa haki tylnej przerzutki do mojego CUBE AMS COMP 2005. Poprawiam je wieczorem moim CNC - kawałkiem pilnika bez rączki. Wszystko przygotowane. 11 sierpnia rano wyjeżdzamy do Ustrzyk Dolnych wiezieni przez Zdzisława. Zabieram jedną z moich (oprócz roweru) najważniejszych części wyposażenia - GPS. Kieruje nas bezproblemowo do Ustrzyk. Zakwaterowanie w hotelu. Mamy ponad 1 dzień na aklimatyzację, zorientowanie się "co i jak". Następnego dnia otrzymujemy pakiety startowe, furorę robi tandem enduro, na odprawie technicznej dostaję od chłopaków z teamu Bikebrother tracki na GPS-a. Jazda, zdaje się będzie wyglądać jak po nitce do kłębka. Torba od organizatora wielka jak niewiemco. Przepakowywanie. Oglądamy na TVN Pogoda prognozy na najbliższe dni. Jeszcze raz ustalamy cel naszego wyjazdu - dojechać jadąc trasą sugerowaną, zaliczać punkty kontrolne, mieścić się w limitach czasu - jednym słowem dojechać będąc w klasyfikacji. Tempo ustalamy na turystyczne - nie będziemy walczyć o miejsca, mamy dojechać.

ETAP 1 = Ustrzyki Dolne - Komańcza

13 sierpnia - start. Czy to przez emocje czy zmianę powietrza słabo śpię przez ostatnie dwie noce. Nie obawiam się 1 etapu gdyż dobrze znam te okolice. Obawiam się raczej niedostatecznego dogrania teamu, problemów na trasie ze sprzętem, kolizji, upadków, tempa narzuconego przez innych, wpadek organizatora. Już teraz mogę napisać że zupełnie niepotrzebnie. Robimy kilkanaście zdjęć na starcie. Ruszamy. Nie widać dobrze czołówki. Wczoraj przyglądaliśmy się Mirkowi Bieniaszowi i Jarkowi Miodońskiemu. Czy dadzą radę wygrać i w tym roku ? Czy my damy radę w ogóle dojechać ? Nie ma czasu na bezowocne rozmyślania. Jedziemy szybko asfaltem do zjazdu omijając błotniste pasmo Żuków. Dalej szybkie szutry, trochę podjazdów i szybkie zjazdy na mokrych po porannych opadach asfalcie i szutrze. Docieramy do znanej nam drogi w Teleśnicy Oszwarowej gdzie jest skręt na niebieski szlak - na górę Łabiska gdzie ulokowano 1 PK. Pierwsze podejście. Dalej trochę łatwiej - można jechać. Zaczynam obawiać się kompromitacji swoją techniką. Jest chwilami wąsko. Staram się nie utrudniać jazdy szybszym a jest ich wielu. Staram się też utrzymywać kontakt wzrokowy z Jarkiem. Na PK's musimy być zawsze razem. Łatwo przekroczyć te 2 min. różnicy. Jazda staje się dynamiczna. Wciąga nas tempo jazdy szybszych teamów. Jest trochę błota, kilka osób przede mną ląduje w trawie. Dziwne że moje survivale tak trzymają. Okazuje się, że z moją techniką wcale nie jest tak żle choć jestem ostrożny i przez to nie co wolniejszy na błotnistych zjazdach. Za 1 PK jedziemy z Jarkiem razem, rozpoznajemy widoki i miejsca z zeszłorocznej jazdy. Szybko docieramy do 2 PK. Jest bufet. Miłe zaskoczenie obfitością bananów, batonów, isostara. Wjeżdżamy na szosę w Chrewcie i mozolnie wkręcamy podjazdy. Tu nasze survivale nie pokazują się od najlepszej strony ale co tam - jedziemy turystycznie. Na zjazdach łatwo przekraczam 70 km/h. Postój na zdjęcia. Mijamy Rajskie i Bukowiec. GPS bez pudła pokazuje zjazd na szutr prowadzący dalej do przełęczy Żebrak - skręcamy przed Wołkowyją na Górzankę. Mijamy wóz organizatora - mamy szczęście załapać się na zdjęcie wraz ze wzbudzającym wiele aplauzu dziadkiem-hippisem na mocno przerobionym Wigry-3. Zaczyna się robić ciepło. Pogoda iście letnia. Tracę dużo wody, którą staram się uzupełniać. Następny krótki odcinek asfaltu przed Baligrodem gdzie skręcamy w Bystrem bezpośrednio na Żebraka kończy się niedaleko ośrodka wypoczynkowego Bystre. Robimy tam 30 min. przerwy. Jarek ma mały kryzys, potrzebujemy też obaj wody. Jedziemy dalej. Końcowy odcinek pod Żebrakiem próbuję podjechać ale daję spokój. Miesiąc temu w koszmarnym upale dałem radę mając jeszcze zapas sił. Teraz nie. Nie mam pojęcia dlaczego. Wpychamy się na Chryszczatą. Czuję skurcze w cztero i dwugłowych mięścniach obu ud. Piję ile wlezie. Fragmenty podjeżdzamy, jest dość ślisko, kamienie pokrywa błotny towot, jedziemy ostrożnie. Jak do tej pory bez wywrotek. Jestem kompletnie mokry od potu i zaczyna dość mocno wiać. Jarek zalicza niegrożną glebę na sporej gałęzi w poprzek szlaku. Na Chryszczatej zakładam ortalion, logowanie w PK, gubię gdzieś Jarka. Jadę w dół. Ostrożnie. Często się podpieram a na koniec schodzę. Jest diabelnie ślisko. Jarka spotykam przy jeziorkach. Przebijamy się przez strumienie i wpadamy na świeży cement prowadzący do Duszatyna (świeży cement to rodzaj błota wypełniającego koleiny drogi). Ten kawałek to kupa frajdy. Fajne, żółte błoto, ciągle w dół, koleiny, piesi turyści patrzący się jak na kosmitów i techniczne kawałki po koleinach i brzegach zniszczonej zrywką drewna drogi. Z Duszatyna gnamy szutrem i serpentynami do Komańczy. Jest ciekawie bo skurcze ogarniają wszystkie mięśnie ud zarówno u mnie jak i u Jarka. Udaje się to jakoś rozkręcić na ostatnich serpentynach. Wpadamy do Komańczy. Kończymy 1 etap. Miejsce mało nas obchodzi. Wiemy to co najistotniejsze - jesteśmy w klasyfikacji. Bierzemy torby i jedziemy na kwaterę. Świetny obiad, zdjęcia, czyszczenie rowerów, rozmowy o trasie na jutro i w końcu sen.

ETAP 2 = Komańcza - Krempna

Krótkie przebudzenie w nocy i wszystko staje się jasne - deszcz. Przez całą noc lało. Jest zimno ale nie wieje. Jemy śniadanie, obficie smarem stałym smarujemy napędy i wleczemy się na start. Nawet nie chowam się przed deszczem. I tak do mety zdąże wychlapać się w błocie ze 100 razy. I była to prawda. W drodze do 1 PK skręcamy z szosy w Czystograbie na Wahalowski Wierch. Pokonujemy to nieduże wzniesienie o podłożu jak gąbka przesiąkniętym wodą w ślimaczym tempie. Niektórzy po zaliczeniu 1 PK decydują się na objazd pasma Kamień szosą przez Karlików. My lecimy dalej sugerowaną. Napęd rzęcholi jakby nigdy nikt go nie smarował. Za 1 PK mam 200 metrowy błąd w nawigacji. Patrzę się na szlak a nie na GPS-a. Inaczej gleba. Zawracam kilka osób i teamów ze złej drogi ale część teamów zjechała polem w dół. Telepiemy się powoli polnym szlakiem w kierunku pasma Kamień. Sporo podchodzenia w błocie, trochę jazdy. Czas mija nam na rozmowach i żartach, nikt nie wymięka. Docieramy do Kamienia. Dalej zjazd, droga przez pole i ... już oczyma wyobraźni widzę ten strumień gdzie wypłuczemy rowery i drogę z płyt betonowych, którą dojedziemy do Karlikowa. Ostrzegam wszystkich przed wystającymi drutami zbrojeniowymi.... Jaki ja byłem naiwny. Strumień owszem był. Mycie w nim też. Napęd nawet zaczął wyglądać jak nowy ale betonka ... zamieniła się w potok gestego błota, które na dobre wyłączyło z użycia małą zębatkę w moim XTR rocznik 2002. Wpadamy na asfalt i pędem do 2 PK i bufetu w Woli Piotrowej. Próbuję wymyć napęd wodą z kałuży. Napełniam bukłak. Po wczorajszych skurczach nie ma śladu. Chainsucki koszmarne, jadę ze średniej, jak się nie rozbujam - chainsuck. Jak chainsuck - to z buta. Podchodzę więc część drogi prowadzącej nas na czerwony szlak. Pasmo Bukowe Beskidu Niskiego wita nas głębokimi kałużami i masą żadkiego ale przejezdnego błota. Przestajemy zwracać uwagę na błoto, napęd, totalnie mokre buty, zachlapane oblicza kolegów. Jazda stała się przyjemna, sporo technicznego rzeźbienia w gów... przepraszam - w błocie, kamieniach, korzeniach. Już dawno się wypogodziło. Rozmawiamy o GPS-ach, bomberach, klockach i batonach. Dajemy ostro w dół za 3 PK po szutrze do zniszczonego asfaltu w Puławach Górnych. Jest dobrze. Znam okolicę. Jedziemy asfaltem powoli wkręcając się na wzgórze za Wisłoczkiem a dalej prawie suchym szutrem szlaku rowerowego. Dalej zjazd.... zjazd, który wielu zapamięta na zawsze. Nigdy nie wierzyłem w opowieści o błocie, które zatrzymuje rower na zjeżdzie bo koła się nie kręcą. Sam złaziłem z zalepionymi błotem oponami, zaklajstrowanymi hamulcami, ramą ważącą z 10 kg więcej niż normalnie. Jarek żartuje - ktoś by miał pecha złapać kapcia w tym gów...e. Przy szosie, z gospodarstwa dostaję trochę wody do umycia rowerów. Okazuje się że przód u mnie syczy - dziura :-) Zchodzimy z mostu do rzeki by dokładniej się umyć. Zmieniam dętkę. Ktoś robi nam zdjęcia. Źle zakładam oponę i przy sporym ciśnieniu dętka wyłazi z obręczy i pęka robiąc sporo huku. Klnąc biorę zapas od Jarka (bo akurat wziąłem tylko jedną) i zmieniam. Tym razem bez niespodzianek. Tracimy na tym wszystkim sporo czasu - chyba nawet godzinę. Dostajemy jako zapas dętkę od 113 Grześka. Powinniśmy zjechać do Królika Polskiego albo chociaż jechać polem. Uzupełniamy gdzieś wodę. Walimy szosą i szutrem na następny PK (Błucianka, Lubatowa) i jeszcze następny z bufetem (za Duklą). Jesteśmy blisko końca stawki. Mamy mało czasu. Na ostatnim PK straszą nas długim podjazdem. Mają rację. Podjazd zamienia się w podejście. Jarek narzeka trochę na więzadło krzyżowe w kolanie. Podchodzimy trocę dalej, można w końcu jechać. Zaczynają się znajome tereny. Mijamy okolice Mszany oraz wieś Polanę. Znam te miejsca, jedziemy jak nakręceni wyprzedzając kilka teamów i gubiąc ogon z innych w kierunku Krempnej. GPS odlicza kilometry. Już wiemy, że zdążymy. Wjeżdzamy na metę w Krempnej po ponad 9 godzinach zmagań z trudnościami etapu. Szybki prysznic, kolejka do mycia rowerów, posiłek, kwatera w sali gimnastycznej. Rowery wyjemy najpierw szczotką i wodą z wiadra a póżniej myjką Karcher w okolicach godziny 22. Zmieniam jeszcze klocki w przednim hamulcu, połykam jakieś banany, rozwieszamy mokre ale wypłukane ubrania. Ktoś gasi światło ale pod sufitem ciągle coś się pali. Bez przerwy ktoś się kręci. Gdy zapada cisza rozlega się potężne chrapanie. Do piwnicy z nim - myślę. Napinam mięśnie nóg i wiem, że dziś regeneracji nie będzie. Spałem może ze 3 godziny. Pierwsi zaczęli wstawać około 5 nad ranem...

ETAP 3 = Krempna - Krynica Górska

Jakiś czas leżę próbując jeszcze trochę wypocząć. W końcu wstaję, pytam Jarka jak krzyżowe. Pojawiły się problemy z paznokciami u Jarka - te największe u nóg zrobiły się czarne. Odmoczone i odparzone zbyt ciasnymi mokrymi butami SiDi. Ale nie przeszkadzają. Zakładam całkowicie mokry strój rowerowy i wychodzę na poranne słońce aby go trochę podsuszyć. Udaje się. Po ok 40 min jestem suchy. Nawet w butach jest cieplej. Szybko smaruję linkę i pancerz tylnej przerzutki, robię uwagi o ostrożnej jeżdzie na początku - muszę dotrzeć nowo zmienione klocki z przodu. Dowiaduję się że wczoraj ktoś z zagranicznego teamu przeciął karbonową ramę łańcuchem przy chainsuck'u. Id...ta - myslę sobie wsuwając śniadanie. Dziś etap regeneracji, po wczorajszym etapie jesteście jedną nogą w Wiśle - pobrzmiewa mi w głowie z wczorajszej odprawy technicznej. Oby. Znam trasę, sporo dziurawego asfaltu i szutrów. Generalnie łatwo. Otuchy dodaje fakt, że będziemy jechać bardzo szybkim odcinkiem wąskiego asfaltu w okolicach Regietowa. Prawie cały czas w dół. Start. Szybko przejeżdżamy to co przeleciałem rano w myślach. Szybko i w miarę lekko choć pogoda urozmaicona. Pierwszy PK, za nim znajome dziurawe jak ser asfalty gdzie bujam się na moim CUBE z prędkością ponad 60km/h, dalej drugi PK z bufetem. Raz słońce, raz chmury, wiatr i czasami pokropuje. Jest OK. Jarek raźno daje dp przodu, trochę za nim odstaje. Mały kryzys zwalczam aktywniejszą jazdą i rozgrzaniem. Dochodzimy - już w ładnej pogodzie - do górki za Regietowem. Miesiąc temu był tu szlak w lesie. Teraz jest zawalona błotem droga. Niosąc rowery (błoto podobne do wczorajszego, zakleja koła) człapiemy do trzeciego PK. Dalej szutrem w dół, mycie rowerów (a jednak !) w rzeczce. Dalej w kierunku Ropek i czerwony szlak. Znów buldorzery, trochę błota i szybki zjazd po suchej utwardzonej drodze. Jadąc na ostatni PK łapie nas silny ale krótki deszcz. Czekamy w dzwonnicy kościółka. Jarek robi trochę zdjęć. Nie decydujemy się na objazd betonką w stronę wsi Izby i zdobycie PK od drugiej strony. Nawet sędzia nam odradzał. Nie trzeba go było słuchać. Podejście pod górę z PK jest mozolne, sporo kamieni, parno. Na PK widzę, że na palcu nie mam chipa do kontroli czasu. Oblewa mnie zimny pot. Do kur.. nędzy jak to się mogło stać... Sięgam do plecaka zdejmując najpierw przeciwdeszczową opończę... jest pod opończą. Musiał zsunąć się gdy zdejmowałem ortalion. Zły na tą górę, duchotę, sędziego, zły wybór trasy i ogólnie na cały świat chipuję się na PK i zjeżdżam do szosy. Zjazd poprawia mi chumor. Czeka nas ostatni podjazd stromym (dobrze go pamiętam z 5-dniowej wyprawy) szutrem. Na szczycie meta. Nie śpieszy się nam. W Krynicy mamy kwaterę i sporo czasu. Docieramy do szczytu i powoli zjeżdżamy do Krynicy wąskim stromym i krętym asfaltem. Ostrzegano na odprawie przed tym zjazdem. Widzimy, że nie wszyscy słuchali. Są ślady hamowania, ktoś na pewno wypadł po za drogę. W Krynicy przez pewien czas szukamy bazy TC (brak jakiegokolwiek oznakowania), zabieramy najpotrzebniejsz klamoty z toreb i logujemy się na kwaterze. Posiłek w restauracji, mycie rowerów, zimna woda w łazience i sen. Jarek naprawia żelem więzadło. Musimy się zregenerować.

ETAP 4 = Krynica - Krościenko n/Dunajcem

Etap rozpoczyna się honorowym startem z terenu lodowiska w Krynicy. Docieramy tam na czas i dziękujemy ekipie DHL-a za pomoc z bagażami. Niestety następnym razem kiedy będą potrzebni nie będzie już tak miło. Kręcimy w dół Krynicy, w stronę Jaworzyny. Start ostry zaczyna się z początkiem właściwego podjazdu na Jaworzynę. Ktoś ma grożną awarię - wygląda jak urwany hak od przerzutki. Po krótkim czasie Jarek zatrzymuje się. Chce przesmarować piszczące łożyska espedów. Jestem trochę zirytowany - zaczęliśmy podjazd a takie postoje wybijają z rytmu. Po za tym niepotrzebnie tracimy czas - łożyska dalej się odzywały. Mija nas kilka zespołów. Miejscami idąc ale głównie powoli wjeżdżając docieramy na Jaworzynę. Kilka zdjęć i walimy dalej czerwonym szlakiem w stronę Hali Łabowskiej. Znam ten odcinek, robię parę zabawnych popisówek na błocie, zaczyna się prawdziwa górska jazda w stylu turystycznego enduro. Szlak jest szeroki, pozwala na swobodę manewrowania. Jest świetnie, techniczne podjazdy, wariackie zjazdy i mało błota. Bez problemów docieramy do schroniska na Hali Łabowskiej gdzie jest 2 PK. Odbijamy w prawo czerwonym szlakiem do Rytra. Trasa staje się nie co trudniejsza, bardziej strome zjazdy są mocno kamieniste. Ścieżki węższe. Zaliczam gdzieś glebę na znienawidzonym rodzaju ścieżki - wąska jakby ją myszy wydeptały oraz porośnięta z boków trawą. Koło zachacza o trawę i leżę. Zginam trochę klamkę tylnego hamulca. Nawet lepiej leży w dłoni.... Końcowy zjazd do Rytra jadę jak wariat. Obniżam siodło i tłukę po korzeniach, kamieniach i singletrackach, naprawdę stomych, naprawdę szybko. Nie wiem jak szybko bo na drugim etapie zerwałem kabel od sigmy. GPS rejestruje prędkości ale nie ma czasu na skupianie się nad ekranem garmina. Tam gdzie nie można jechać (kłody) szybko biegnę robiąc wielkie kroki. Przestałem już myśłeć o rok temu kontuzjowanej kostce. Jakoś się nie przewracam ani nie śłizgam. Pewnie to dzięki naprawdę dobrym butom adidasa. Chwilami udaje się nam oderwać od grupy wolniej zjeżdżających. Robimy mały błąd nawigacyjny i parę metrów musimy wracać stromym podejściem po kamieniach. To wszystko tuż przed Rytrem Z kolei za Rytrem PK z bufetem. Dziwimy się, że jest on daleko od głównego skrzyżowania w miasteczku i na trasie stromego podjazdu. Asfalt powoli zaczyna zamieniać się w dobry szutr. Jest stromo ale po bufecie mamy sporo świeżej energii. To podjazd pod Radziejową. Dalej już z buta, wieje dość silny wiatr, trochę zaczyna dokuczać mi gardło. Obiecuję sobie kurację fervexem już w Krościenku. Mijamy Radziejową, kierujemy się na Przechybę. Za Przechybą w okolicach przełęczy Minkowskiej spotykamy goprowców z quadami, wiozą jednego z naszych z ręką na temblaku. Oprócz kontuzji ręki są złamane żebra... Zjazdy strome z grubym żwirem, dość kręte, miejscami wilgotno. Czeka nas jeszcze wejście na ostatni PK a dalej zjazd do Krościenka. Na odcinku Przechyba - ostatni PK rozciągają się fantastyczne widoki. Z Przechyby widać Stary i Nowy Sącz jak na dłoni. Szlaki głównie szutrowe. Z Przechyby trudny kamienisty zjazd, czasami idziemy, jest zbyt niebezpiecznie. 4 etap to jeden z najpiękniejszych odcinków Transcarpatii. Do Krościenka docieramy mocno zmęczeni ale wiemy że czeka na nas kwatera (Granit) i dobre jedzenie. Apteki otwarte. Robimy zakupy, pranie, odwiedzamy obóz TC i oglądamy pokaz dotychczas zrobionych przez zespół fotografów zdjęć. Na noc koksuję się fervexem. Jarek samruje się jakimś analogiem Ben Gaya że aż wierci w nosie. Jutro Lubań i wspaniały Turbacz.

Etap 5 = Krościenko - Rabka

Fervex kosztował mnie sporo sił. Budzę się jakiś słaby. Obfite śniadanie i zapełniony żołądek potęgują to uczucie. Wlokę się na start. Miesiąc temu miałem łatwiej. Jechałem do Tylmanowej a dalej na przełęcz Knurowską. Dziś zrobimy objazd... przez Lubań. Jak w tekstach Muńka Staszczyka albo w Black Hawk Down nucę "pieprzony Lubań"... Po starcie kilkadziesiąt metrów jazdy a dalej koszmarne podejście na Lubań. Przez te podejścia boję się o krzyżowe u Jarka. Stromo, ciepło, parno, mało jazdy. Nawet nie pamiętam jak się tam dostałem. Robimy parę zdjęć na Lubaniu, obiecuję sobie, że nigdy tam się z rowerem nie będę wciskał (chyba że w następnej TC). Równie dobrze można wybrać się tam z taczką. Będzie tak samo przydatna jak rower. Do niczego. Nawet zjazd jakiś taki nie dorobiony. Szalenie stromy i krótki. Ale przed nami Turbacz z dużo łatwiejszą na górę trasą, widokami i fantastycznym zjazdem. Jedyna trudność to stosunkowo krótki ale piekielnie stromy odcinek przed odbiciem czarnego szlaku. Dalej już tylko łatwiej. Nawet pod samo schronisko da się bez problemu podjechać. Okrążamy szczyt i kierujemy się w stronę Rabki. Super, extra, cool, luz i w ogóle. Można pić kawę jadąc z Turbacza. Kocham tez zjazd. Jarkowi też się podoba. Nie za trudny, dość szybki, mało wkręcania na zafalowania gruntu, po prostu relaksujący. Szeroki szlak daje olbrzymią frajdę jazdy po tym co się chce. Korzeń, kamień a może trochę lużnego żwiru ? Ostatnie kilometry przed Rabką są naprawdę szybkie. Ostatni PK. Jesteśmy zadowoleni. Nawet ten Lubań już lubimy. Bez problemu trafiamy do obozu TC. Jest on na terenie klubu KS Wierchy gdzie jeżdził Mirek Bieniasz. Opycham się bananami na bufecie. Szybko znajdujemy świetną kwaterę ale przytrafia się nam sytuacja jak z filmów Barei - "jak długo nocleg" pyta się pani z okienka. Na dzisiejszą noc - odpowiadamy. Nie ma - słyszymy a pani zamyka okno z takim wyrazem twarzy jaki można spotkać tylko (prawie tylko) w Alternatywach 4. Kupa śmiechu. Kwatera w Rabce (Katarzynka) gdzie nocujemy jest jak wymarzona. Jest myjka do rowerów, garaż, kolacja i śniadanie, czysto, gospodarz (i jego syn też) równy gość rozmawia z nami o trudach wyścigu. Widać że ludzie na poziomie, zależy im na klientach. Na pewno tam wrócę. Zmieniam wytarte (regenerowane epoxydem) pedały TIME XS na zwykłe Allium'y. Fervex na noc obowiązkowo ale w zmniejszonej dawce. Patrzę na mapę i zastanawiam się dlaczego kiedykolwiek słyszę o Babiej Górze i leżącym obok Diablaku nikt nie wspomina o niewiele niższej górce o nazwie ... Gówniak .... Jutro czeka nas prawie dwa osiemset przewyższeń....

Etap 6 = Rabka - Korbielów

Ruszamy z Rabki ze startu honorowego. Jeszcze jakieś zdjęcia przy pomniku za Chabówką. Nawet nie wiem gdzie ten start ostry. Jedziemy gdzieś asfaltem stromo w górę. Pózniej szutry i trochę leśnych ścieżek. Nabieramy tempa w grupie i z drogi gruntowej wpadamy na 1 PK - przełęcz Bory. Wieje jak diabli. Chwilami odnoszę wrażenie że mnie zaraz zniesie. Dalej pędzimy po grubym tłuczniu, oddalam się od Jarka i pędzę w niewielkiej grupce. Za tłuczniem pojawia się trochę błota, czekam na Jarka. Okazuje się, że pomimo małego dystansu mamy prawie puste bukłaki. Jest gorąco. Przed kolejnym PK tankujemy gdzieś w gospodarstwie i wspinamy się szutrem w stronę góry Czyrniec. Jest tam strome podejście a póżniej śłiska od wilgotnych kamieni ścieżka na halę Krupową i przełęcz Kucałową. Znajdujemy PK i ruszamy w stronę Policy. Dużo podchodzenia, zjazdy niebezpieczne, duże kamienie choć nie jest bardzo stromo. Kombinuję trochę na podjazdach mocno usłanych kamieniami i korzeniami. Sprawia mi to dużo frajdy choć nadszarpuje siły. Zdobywamy Cyl Hali Śmietanowej i niebieskim szlakiem kierujemy się w stronę Mosornego Gronia. Cały czas pieszo. Obawiam się zjeżdżać gdyż ścieżka jest bardzo wąska, nie widać kamieni spośród krzaków, jest kręta i stroma. Podziwiam jednego z naszych, który chyba zrobił cały zjazd. Przed Mosornym Groniem postanawiamy zrobić objazd w dół wyciągu, poprzez tunel pod stokiem narciarskim (!) i dalej dobrym szutrem do sugerowanej. 60 km/h prawie nie schodzi z budzika. Zjeżdżamy do Zawoi i dalej stromym asfaltem do następnego PK z bufetem. Tam dowiadujemy się, że warto zrobić objazd Słowacką stroną. Idziemy więc z grupą innych uczestników czarnym szlakiem do granicy. Najpierw trochę jazdy, dalej jest stromo, ciężko podchodzić. Tu właśnie mam jedyny moment na całej TC gdzie zaczynam w myślach wątpić czy dziś zmieścimy się w limicie czasu. Przekraczamy granicę i dochodzimy do asfaltu. Rozdzielamy się. Część drużyn nie może zdecydować jak jechać. My decydujemy się na trasę wzdłuż granicy. Oby jak najbardziej zbliżyć się do trasy sugerowanej gdzie jest ostatni PK. Zbliżamy się na ok. 80m, które przebywamy na azymut przez las pod górę. Jesteśmy znów na polskiej stronie, lecimy do ostatniego PK. Zaliczamy go i zamiast wrócić na słowacką stronę skąd jest objazd szosą poprzez przejście graniczne wprost do Korbielowa - my decydujemy się na niełatwy szzlak trasą sugerowaną. Pokonujemy tamtejszą Jaworzynę oraz Beskid Krzyżowski. Mogliśmy dużo zyskać ale nie myśleliśmy tymi kategoriami. Chcieliśmy zmieścić się w czasie minimalnie zbaczając z trasy. Dojeżdżamy do Korbielowa gdzie czeka nas ostatni podjazd do mety. Jesteśmy naprawdę mocno zmęczeni. Ponad 9h w siodle. Przyjechaliśmy po 18-tej. Dowiadujemy się, że na trasie jest jeszcze sporo teamów. Próbujemy - podobnie jak w Rabce - załatwić kwestię bagażu z DHL-em. Niestety nie udaje się. Jesteśmy mocno podkur..., jak bomby z zapalnikami na poziom wkurzenia. Na szczęście nie wybuchamy. Woodi nam za bardzo nie pomógł ale dajemy sobie radę. Częściowo rozpakowane torby zostawiamy w pokoju księgowej hotelu "Jontek" gdzie jest posiłek i baza TC. Na kortach rozstawione namioty. Jedziemy szukać kwatery. Pierwszy z brzegu właściciel domku pytany o pokój odpowiada że ma ale niestety bez telewiora... Poprawia się nam chumor, bierzemy się do roboty i szybko udajemy na spoczynek. Fervex, maście przeciwbólowe, polski Ben Gay, komórka nie działa bo się zamoczyła od potu. Bomber mi klekocze ale tłumienie bez zmian. Na kwaterze spotykamy chyba kogoś z naszych ale mówi że nie bierze udziału. Jutro ostatni etap. Już z górki ....

Eatp 7 = Korbielów - Wisła.

...ale najpierw pod górkę. Chyba dobrze, że na odprawie technicznej przed 7 etapem nas nie ma. Nie odbieramy map i nie wiemy jaki czekają nas niespodzianki od samego rana. Budząc się biorę do rąk okulary. Metalowa oprawka pęka w rękach.... Przeżarła ją sól z potu i drgania - myślę sobie. Cholera a co z ramą ? Tuż przed wyjściem pożyczam mapę od jednej z osób. Nie mam ochoty się za bardzo skupić, przede mną śniadanie. Skłądam mapę i kładę ją na poręczy tarasu skąd ją wziąłem. Wracam po rower i wychodząc słyszę - "mapę żle złożył i jescze położył ...." Ręce mi opadły. Okazuje się, że pytany wczoraj gość co nie wiedział o jaki maraton chodzi jedzie w TC. Przestaję cokolwiek rozumieć. Może to ze zmęczenia ludzie nie wiedzą już co mówią ? A może to właśnie my bełkotaliśmy wczoraj niezrozumiale ? Jedziemy bez mapy. Tylko wg tracka z GPS-a. Wcześniej nie było problemów to i teraz nie będzie. Start spod ośrodka Jontek, pareset metrów zjazdu i skręt w prawo do szlaku na ... halę Miziową. Chyba nigdy żadne podejście nie dało mi tak w dupę jak to. W brzuchu chlupocze śniadanie pomieszane z łapczywie wypijanym za gęstym isostarem z bukłaka. Leją się z nas siódme poty (pierwsze były na pierwszym etapie). Kamyki szutrowego, stromego jak diabli podejścia są skroplone potem podchodzących. Po ponad godzinie w końcu chwila odpoczynku i wspaniałe widoki. Na górze ktoś ma strasznego pecha - doznaje na tyle ciężkiej kontuzji kolana że musi przerwać wyścig. Z kolei inny team ma uszkodzony rower. Ten z kolanem pożycza im swój... postawa godna podziwu. Ciekawa, urozmaicona trasa wiedzie nas po szczytach i przełęczach gór, których nazw nie wymienię bo nie mam mapy :-) Pędzimy gdzieś czarnym szlakiem, skręcamy na szutr i asfalt, gnamy 40km/h do Węgierskiej Górki. Razem z innymi decydujemy się na objazd. Za Węgierską Górką skręcamy i wkręcamy mozolnie asfaltem w górę chcąc ominąć strome podejścia. Omijamy ale nie zupełnie. Musimy w słońcu podchodzić niezły kawałek pom. Cebulą a Magurką. Trafiamy na niebieski szlak. Oddzielam się od grupy i idę 150m w złą stronę aby się upewnić na GPS czy aby na pewno jest zła. Była zła więc wracam. To jedyna ale dość spektakularna moja wpadka z GPS. Może nie zupełnie. Grupa czekała na moją ostateczną decyzję a ja tylko upewniłem się w 100% o słuszności decyzji pozostałych. Inni wjechali na samą Magurkę szlakiem rowerowym. Wyasfaltowanym. Skręcili przed Węgierską Górką. Będę pamiętał na przyszłość. Zaliczamy kolejne PK i kolejne kilometry fantastycznych rowerowych ścieżek dla turystycznego enduro. Śniadanie już dawno się wchłonęło więc daje upust fantazji. Wjeżdżam, zjeżdżam na obniżonym siodle jak wariat. Chwilami wymagam od napędu zbyt wiele - nie da się zrzucić z blatu na małą nie kręcąc korbami ... Ścieżki są naprawdę fantastyczne, zjazdy wymagające dużej uwagi ale szeroki szlak umożliwia wybór bezpiecznej drogi. Spadam po kamieniach, korzeniach jakbym całe życie to robił. Wkręcam storme podjazdy usłane lużnym żwirem i kamieniami. Opony trzymają fantastycznie, jestem im głęboko wdzięczny, że nie przecięły się na żadnym ze stu milionów ostrych kamieni po których przejechałem w ostatnich dniach. Jest naprawdę pięknie. Pędzimy do Wisły, ostatni PK z bufetem, Trzy Kopce, serprntyny szutru a dalej asfaltu. Grupa przed nami nieostrożnie zatrzymuje się na środku stromego asfaltowego zjazdu. Udało się uniknąć karambolu przy 40km/h... Dalej wyłożona kostką kręta droga. Jesteśmy już w Wiśle. Ostatni dreszczyk emocji gdy zza zakrętu wyskakuje jadący prawidłowo WV. Drzemy sie "auto auto" aby ci co z tyłu walili środkiem na zakręcie uciekli na prawą stronę. Wpadamy na ulice Wisły. Straszny tłok. Na deptaku pokaz dożynkowy. Końcówka w szpalerze turystów oglądających pokazy dożynkowe oraz inne z okazji Dni Wisły. Wpadamy na metę. Uściski z Marcinem Rygielskim, pierwsze słowa podziękowań.... DOJECHALIŚMY !!!

ETAP 8

Patrzę na GPS - 480km, 13380m przewyższeń. Co już koniec ??? Jarek robi sporo zdjęć. Korzystamy z ostatniego bufetu na mecie. Widzimy jak dzielne chłopaki z BikeBoard na swoim tandemie enduro kończą Transcarpatię w jednym kawałku. W takiej chwili każdy czuje się jak co najmniej nie najgorszy maratończyk MTB lub wytrwały turysta. Albo lepiej. Wiemy, że czołówka jechała 2x szybciej niż my.... Ale starczy zachwytów. Czas zająć się bagażami. Odnajdujemy auto DHL. Próby odnaleziemia wolnej kwatery spełzają na niczym. Wszystko jest zajęte. Rezygnujemy z udania się do wyznaczonej na nocleg szkoły. Jest 6 km od DHL-a... Jarek po starych znajomościach załatwia prysznic w ośrodku sportowym Start. Bywał tam jako junior. Nazwisko jego byłego trenera otwiera nam dzwi do dobrze wyposażonej sauny basenu w ośrodku. Odświeżeni zostawiamy bagaże i rowery w portierni hotelu ośrodka i idziemy na dekorację zespołów oraz party kończące TC 2006. Robimy trochę zdjęć. Czas leci w świetnej atmosferze z kilkoma sympatycznymi teammami z okolic Wrocławia. Rozmawiamy o sporcie, sprzęcie, planach. Grubo po 1 w nocy wracamy do recepcji gdzie rozkładamy się na dużych skórzanych fotelach. Byle by dotrwać do rana. Rano śniadanie i pociąg do Koluszek z przesiadką w Pszczynie. Wracamy z kilkoma naszymi. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. W Koluszkach zabiera nas ojciec Jarka. Wracamy do domów.

 

 

Praktycznie nic nie nawaliło w sprzęcie i w zdrowiu. Oprócz okularów, dwóch par klocków i wymienionego już w domu łożyska w tył DT Cerit nic się nie popsuło. Łożysko załatwił karcher. 5 dni jechałem z wodą w sprzęgle - dlatego przestało cykać. Po nasmarowaniu jak nowe. Kilka plamek rdzy ledwie. Oczywiście rdzę starłem. Zmieniłem pancerze od tylnej przerzutki. Damper wewnątrz czysty, bez zużycia. Opony porysowane ale bez uszkodzeń. Napęd i hamulce sprawne. Luz na bomberze jakby większy ale chyba ten sam co przed wyjazdem. Tłumienie ma. Raz stracił powietrze, jechałem 2 dni na miękkim jak poduszka przodzie. Ale pięknie wybierał na podjazdach :-) Na zjazdach nawet nie zauważyłem różnicy (MX comp ETA 2005). Szykuję się do kupna All Mountain 3 lub 2. Przednia piasta jak masełko, oś suportu bez zmian - kręci się wciąż tak samo. Obręcze równe, siodło bez uszkodzeń. SET UP: RAMA CUBE AMS COMP 2005, widelec Marzocchi MX COMP ETA 2005, hamulce AVID Mechanical Disc + klamki AVID, korby XTR 2002' (24,34,46) wkład suportu XTR Octalink, piasty przód - Canondale tył DT Cerit, kaseta XTR 12-32, pedały TIME, przerzutki tył - XT 98' przód LX 2004, łańcuch Connex 800, obręcze Rigida Taurus, szprychy Mach, opony Continental Survival 2'3, manetki sram rocket, stery Crank Bros, kierownica Northshore, mostek NoName, damper DT HVR 200, siodło Fizik pave.


Wielkie dzięki dla organizatorów za Transcarpatię. Dziękuję Jarkowi, że zgodził pojechać ze mną pomimo napiętych planów. Wielkie dzięki dla Zdzisława, że zawiózł nas do Ustrzyk. Dziękuję naszym dziewczynom za doping, pomoc w ustalaniu ekwipunku - głównie tego medycznego. Dziękuję Dominikowi SQ7IQE i Piotrowi SQ7MPJ za doping, krzepiące sms-y i raporty z prognoz pogody, wszystkim uczestnikom za niezwykłe przeżycia z jazdy na Transcarpatii 2006 !

Mateusz Pigoń